Teamowa zasiadka na wodzie PZW – maj 2015

„Tygodniowa zasiadka No Limit Team na wodzie PZW”

„Ciągle pada” – tak śpiewał zespół Czerwone Gitary, a właśnie taka pogoda towarzyszyła nam przez większość wypadu. Na szczęście przyniosła ona nie tylko duże ilości deszczu, ale także wspaniałe ryby.

Monika, Łukasz, Krystian i Tomek – właśnie w takim składzie zaplanowaliśmy naszą bardzo długo wyczekiwaną zasiadkę amurowo-karpiową. Niestety Tomkowi obowiązki zawodowe w ostatniej chwili pokrzyżowały plany i nie mógł z nami być. Miejsce i termin wyjazdu był znany od jesieni, bo właśnie od tej pory wszystko szczegółowo planowaliśmy. Strategia była dość prosta. Obraliśmy trzy punkty, które tworzyły trójkąt. Dwa skrajne były oddalone od brzegu na tej samej odległości, a środkowy był najbardziej wysunięty. Takie rozłożenie markerów miało za zadanie zatrzymać ryby zarówno te które płynęły z środka wody, jak i ze stref bocznych zbiornika. Na początek poszły duże ilości gotowanej kukurydzy oraz kulki proteinowe, które wykonaliśmy wg naszych receptur. Zaczęliśmy od około kilograma protein na zestaw. Gdy pojawiły się w naszej miejscówce Karpie, zwiększyliśmy ilości kul proteinowych, by utrzymać je w łowisku i ściągnąć jeszcze większe sztuki. Jak się później okazało, nasza skrupulatnie przemyślana strategia oraz właściwe rozłożenie zestawów było strzałem w dziesiątkę.

Zacznijmy od początku. Kilka dni przed rozpoczęciem łowienia, zaznaczyliśmy nasze miejscówki na gps. Następnie regularnie nęciliśmy, co miało przyzwyczaić karpie i amury, do smakołyków przez nas serwowanych.

Pierwszy dzień powitał nas iście letnią temperaturą, choć noc przypominała bardziej tą z wczesnej wiosny. Pomimo złej aury Krystianowi udało się złowić dwa amury. Około 01:00 w nocy nastąpiło branie większej ryby. Hol był dość spokojny i po kilkunastu minutach piękny amur był już w podbieraku. Byliśmy przeszczęsliwi, że tak szybko udało nam się złowić tak okazałe ryby. Kolejnego dnia późnym wieczorem, zameldowała się kolejna około dwudziestokilogramowa torpeda, tym razem na skrajnej wędce Łukasza. Ryba po błyskawicznym sfotografowaniu, oczywiście w wodzie, szybko wróciła do swojego domu. Od tej chwili mogliśmy już każdej nocy wsłuchiwać się w stukot deszczu o nasze namioty i nucić słowa piosenki „Ciągle pada…” i mocno wieje, choć o tym chyba nie śpiewali…

Po spokojnej nocce, obudził nas sygnalizator Moniki. Swinger przykleił się do kija, a żyłka naprężona jak sznur od prania, zaczęła po mału wysuwać się ze szpuli kołowrotka. Szybkie wybiegnięcie z namiotu i jest! Kij wygiął się do granic wytrzymałości. Żyłka zaczęła grać piękną melodię na wietrze. Ryba wzięła na przynętę umieszczoną najdalej od brzegu, w odległości około 450 metrów. Od razu po braniu odbiła 200 metrów w kierunku wędek Krystiana. Na szczęście jego zestawy były wtedy na brzegu, przez co uniknęliśmy splątania żyłek. Błyskawiczna decyzja Moniki i Łukasza – płyniemy w kierunku skrajnej bojki, bo właśnie tam kierował się nasz uciekinier. Hol do końca odbywał się z pontonu i był naprawdę mega emocjonujący. Po około trzydziestu minutach fascynującej walki amur wylądował bezpiecznie w podbieraku. Ważył 27 kg i była to największa ryba zasiadki oraz nowy PB Moniki. Po odhaczeniu i dezynfekcji rany po haczyku, przystąpiliśmy do szybkiej sesji zdjęciowej i nadeszła chwila pożegnania. Monika brodząc po szyję w wodzie, wypuściła swoją zdobycz. Patrzyliśmy jak ta wspaniała ryba, dostojnymi ruchami oddalała się od nas, dając nam do zrozumienia, że się zapewne jeszcze kiedyś zobaczymy. Cóż to był za widok…

Druga część zasiadki, to jeszcze większe ochłodzenie i nadal deszczowa pogoda. Po wspaniałych azjatach, zgodnie z naszą strategią zagościły u nas nie mające nigdy kontaktu z hakami dziewicze karpie. Wtedy także wprowadziliśmy plan utrzymania ich w łowisku, poprzez znaczne zwiększenie ilości kulek zanętowych. Ilości gotowanej kukurydzy pozostawiliśmy bez zmian. Strategia ta pozwoliła nam utrzymać je w łowisku przez kilka dni, a co najważniejsze każdy kolejny złowiony był co raz większy.

Niestety co piękne, szybko się kończy. Pomimo fatalnych warunków pogodowych, złamanej wędki Krystiana na dużej rybie, urwanych żyłkach w zaczepach i wielu innym przeciwności losu, nasz teamowy wyjazd był bardzo udany i na długo zapadnie w naszych pamięciach. Chwile spędzone w gronie ludzi, którzy jadą nad wodę po to by wypocząć, bez presji wyniku i cieszą się z każdej złowionej ryby, sprawiają, że nasza pasja staje się jeszcze piękniejsza i niezależnie od ilości i wielkości złowionych ryb, każda zasiadka jest udana. I tego życzymy także Wam.

Łukasz Lechowski



Widgetised area

This is a widgetised area. To fill it with 'stuff', use the Bottom Menu Left widget.

Widgetised area

This is a widgetised area. To fill it with 'stuff', use the Bottom Menu Center widget.

Widgetised area

This is a widgetised area. To fill it with 'stuff', use the Bottom Menu Right widget.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress